Przeczekamy. Zostajemy w Santiago

26 lutego 2020 wylecieliśmy z Warszawy do Rzymu, aby stamtąd dostać się Alitalią do Buenos Aires.

Zaczęliśmy naszą wielką podróż po Ameryce Południowej. Trzytygodniowy plan zrealizowaliśmy w pełni i bez przeszkód, wspólnie z piątką znajomych.

Buenos Aires – wodospady w Iguazu – Antafagasta – San Pedro de Atacama i wyprawa na pustynię – Calama – Punta Arenas i Cieśnina Magellana – Puerto Natales i Park Narodowy Torres del Paine – Santiago de Chile.

Powrót planowaliśmy na sobotę 14 marca 2020

Tego dnia wszystko wymknęło się spod kontroli i zaczęło żyć własnym życiem. Koronawirus na dobre rozszalał się w Europie, a my stanęliśmy przed trudną i stresującą decyzją – podobną do tej, z którą zmagał się w 1939 roku Witold Gombrowicz, zastanawiający się, czy w obliczu wojny wracać do Europy, czy zostać w spokojnej oraz atrakcyjnej kulturowo, obyczajowo i towarzysko – Argentynie.

W trakcie naszego tygodniowego powrotu z Chile do Polski, Mariusz zaczął pisać dziennik, żeby uwiecznić krok po kroku nasze ówczesne nastroje, dylematy i procesy decyzyjne, które zmieniały się w nas dosłownie z godziny na godzinę, w kontekście coraz to nowych informacji z Polski i ze świata.

Tym wpisem zaczynamy serię Dziennika z naszej tygodniowej podróży powrotnej z Chile do Polski, w trakcie której mieliśmy wiele fascynujących – a jednocześnie pełnych niepokoju i niepewności – przygód. No i poszerzyliśmy nieco horyzonty… 🙂

DZIENNIK MARIUSZA – DZIEŃ PIERWSZY POWROTU

13.03.2020 | piątek

Jakoś nie zorientowaliśmy się, że to był piątek trzynastego. Jutro dzień naszego planowanego powrotu do Polski. Zaledwie w środę przyszła informacja o tym, że premier Morawiecki rozważa zakaz lotów oraz wjazdu obcokrajowców do kraju. Pomyślałem sobie wtedy, że pewnie zaraz będzie decyzja i dadzą rodakom na powrót 48h lub 72h. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się wczoraj wieczorem, że zakaz wchodzi w życie prawie natychmiast, czyli od jutra, a więc od soboty 14.03. Nasza podróż powrotna zakładała, że właśnie tego dnia będziemy lecieć Alitalią z Santiago do Rzymu, a stamtąd do Warszawy.

Perspektywa utknięcia w stolicy Włoch jawiła nam się dość nieciekawie. Otwarta była wtedy lądowa granica niemiecko-polska. To wydawało się opcją. Poziom psychozy i strachu, jaki docierał do nas z Europy (a zwłaszcza z Polski) kontrastował z sielanką Santiago i wyborną zabawą dnia powszedniego, w jakiej dotychczas żyliśmy podczas naszej podróży. Żadnych maseczek i tylko okazjonalnie ktoś rzucał międzynarodowe słowo „coronavirus”.

Pierwsza myśl – nie chcę wracać. Przeczekajmy to tutaj.

W głowie refleksje typu: Włosi – mimo wszystkich swoich problemów – nadal latają, tylko dobrze się teraz zabezpieczają. Być może nasz premier, swoim zamknięciem granic dla wszystkich, realizuje kolejną kampanię propagandową, tym razem dotyczącą wsparcia państwowej linii lotniczej…? Zamiast zrobić coś realnie pożytecznego w obliczu zagrożenia.

Kolejna rzecz, że dotychczas epidemie ograniczały się do jednego kontynentu lub co najwyżej dwóch. Nieco naiwnie być może myśleliśmy wtedy, że Amerykę Południową to ominie. Poza tym, nie chciałem panikować, jak niektórzy rodacy, ale trudno też było wyczuć, w jaką stronę rozwinie się sytuacja.

Tego rodzaju myśli, zakrapiane drinkami Terremoto, serwowanymi przez sympatycznego Hugo w historycznej spelunce nieopodal Marcado Central w Santiago (temu miejscu, personie i napitkowi poświęcimy oddzielny wpis), pojawiły się u mnie już poprzedniego dnia i przeważyły jeszcze bardziej szalę decyzji na stronę pozostania w Santiago.

Próbowałem przekonać do tego pomysłu pozostałych kompanów podróży. Jednak dziś okazało się, że poza nami dwojgiem (mną i Agatą), reszta chce przedostać się do Niemiec i potem „jakoś to będzie” dojechać do Polski.

Wizja tysięcy osób w podobnej do naszej sytuacji, owładnęła mną całkowicie. Widziałem oczami wyobraźni chaos na granicy, gdzie 20-kilometrowe kolejki tirów były normą, zanim weszliśmy do UE. Wolałem nie myśleć o tym, co tam będzie się działo w tak nadzwyczajnej sytuacji. Odpowiedź nasuwała się sama: „Nie dziękuję, nie piszę się na to.”

Niby nasi koledzy sprawdzali, że za 6000 PLN można wynająć Corsę i samemu wrócić w ten sposób do Warszawy. Ale wówczas nie wiadomo było, czy taki plan jest w ogóle realny.  Czy nie czeka nas raczej płacz dzieci, rozpacz matek i totalny chaos?

A tu w Santiago nadal tak pięknie, ludzie tacy wspaniali i mili. Wyjątkowy klimat rewolucji, w której wszyscy ludzie są równi sobie. Miejsce, w którym paradoksalnie czujesz się bezpiecznie, choć w koło płoną budynki, wszystko zabite dechami i pokryte sprayem. Ludzie walczą z władzą o lepsze jutro. O równość, prawa kobiet i podstawowe wartości ludzkie. Rewolucja przeciwko rozwarstwieniu społecznemu. Ten klimat jest piękny.

Nie wracamy na razie do Polski. Klamka zapadła.

Na lotnisko w Santiago dotarliśmy na szczęście nieco wcześniej, ok. 3h przed lotem. Dość szybko dostaliśmy się do chack-inu. Tam zdziwienie obsługi, że lot do Polski odwołano. Nie wiedzieli. Musieliśmy im pokazać maila z tą informacją na dowód.

Poprosiliśmy o rozdzielenie naszej grupowej rezerwacji na dwa nasze bilety oraz pozostałe – znajomych, którzy chcieli przełożyć pierwotny lot do Włoch na Niemcy, żeby stamtąd drogą lądową dotrzeć do Polski.

Zaczęła się nierówna walka obsługi swissportu z systemem Sabre, którego używa Alitalia. W tym czasie nasze nerwy były maksymalnie napięte, a stres ciężki do zniesienia. Po dzielnych staraniach dwóch pań, udało się 2h później w końcu rozdzielić rezerwację. Gdy nasi znajomi dostali zapewnienie, że dotrą do Berlina, na ich twarzach pojawił się wyraz ulgi.

My swoje bilety przesunęliśmy na za 2 tygodnie, na lot w piątek 27.03 z Santiago do Buenos Aires, a potem w sobotę rano przez Rzym do Warszawy. Wtedy myśleliśmy, że – zgodnie z ogłoszeniami z Polski – zakaz lotów ma obowiązywać przez 10 dni.

Załatwiliśmy sobie małe mieszkanko w bloku na 16. piętrze. W miarę blisko metra i centrum. Właścicielka pani Maria okazała się przemiłą kobietą, dobrze znającą angielski.

Jadąc na fali entuzjazmu, sprawdziłem bilety na Wyspę Wielkanocną. Jest tanio – 120 000 chilijskich peso za lot w dwie strony dla jednej osoby. To ok. 600 PLN – hit cenowy, w stosunku do regularnej ceny w okolicach 3500 PLN. Pani Maria powiedziała, że takiej niskiej kwoty na ten kierunek jeszcze nigdy nie widziała.

Kwadrat mieliśmy wynajęty do poniedziałku, więc na ten dzień kupujemy bilety na wyspę. Powrót zaplanowaliśmy na czwartek. Miał być to taki szybki, krótki wypad. Obawiamy się, że wirus i tu może w końcu dotrzeć, więc nie chcemy za bardzo ryzykować.

W międzyczasie dotarła do nas garść informacji z Polski i świata. Wyrastają kolejne „mury” na granicach. Kasują kolejne loty, a nasz Wielmożny Premier ogłasza narodowy program przywożenia Polaków do  kraju. Typowe zarządzanie przez kryzys. Zostaw kilkadziesiąt tysięcy Polaków na lodzie, a potem ich ratuj dobrodzieju.

Wieczór mamy jakiś słabszy – pełen wątpliwości (hiszp. „duda”), czy aby na pewno dobrze zrobiliśmy, zostając. Kuzynka pisze, że zaprasza do siebie do Londynu. Nawet osoby, z którymi na co dzień rzadko rozmawiamy, kontaktują się z nami i pytają, co u nas. Czy naprawdę jest tak źle?

Tymczasem my pijemy wino z kartonu i robimy pranie…

%d blogerów lubi to: